Zabrze - portal miejski Zabrze.com.pl

Wiadomości z Zabrza

Ratują Zabrzańskie Zabytki [WYWIAD]

  • Dodano: 2015-09-20 13:45, aktualizacja: 2018-12-11 22:35

Działają powoli, z rozwaga, ale efekty, choć skromne, są trwałe i godne uwagi. Stowarzyszenie Ratujemy Zabrzańskie Zabytki monitoruje, edukuje i wspiera inicjatywy związane z ochroną zabytków architektury (w tym i tej małej). To Zabrzanie, którym nie jest obca obywatelska postawa. Razem z innymi działaczami społecznymi, przecierają nowe szlaki.

Z Kamilem Żbikowskim i Kamilem Wloczką, aktywnymi działaczami RZZ, rozmawiał nasz reporter, Krzysztof Chmielewski

Krzysztof Chmielewski: Zacznijmy od początku. Skąd wziął się pomysł na to, by stworzyć stowarzyszenie Ratujemy Zabrzańskie Zabytki? Kiedy ono powstało i jaki ma cel?

Kamil Żbikowski: Stowarzyszenie zawiązało się jesienią 2013 roku. Duże znaczenie miały tutaj media społecznościowe, szczególnie Facebook. W pewnym okresie toczyliśmy dość intensywne rozmowy, w gronie osób zainteresowanych dziedzictwem historycznym Zabrza, mówiliśmy o potrzebie ochrony zabytków cennych pod względem historycznym, architektonicznym, będących wizytówkami miasta.

Udało się spotkać w grupie kilkunastu osób. Tworzyli ją m.in.: historycy (z zawodu lub zamiłowania), fotograficy, ale przede wszystkim ludzie, którzy chcieli działać na rzecz wspomnianych obiektów.

Pierwszymi zabytkami, na których się skupiliśmy były przede wszystkim wieże ciśnień. W pierwszej kolejności ta na terenie Huty Zabrze, która jest najstarszą tego typu konstrukcją w regionie, a nawet w Polsce. Porównuje się ją do jednego z obiektów wrocławskich, który zaczęto budować wcześniej, ale jego budowę zakończono, gdy nasza wieża już była ukończona.

Inna rzecz, że wieża znajduje się w miejscu widocznym, charakterystycznym dla centrum Zabrza. Chcielibyśmy, aby ta przestrzeń była w jakiś sposób uszanowana, eksponowana, zagospodarowana.

K.Ch.: Z wieżą był też związany projekt „Latarnia Śląska”.

K.Ż.: Tak. Sama nazwa była, co prawda, swego rodzaju chwytem marketingowym, ale dość ściśle wiązała się z tym, co tam można by zrobić. Należało ją jakoś wyróżnić, inaczej niż tylko słowami „Stara wieża ciśnień”, albo „Hutnicza wieża ciśnień”, uczynić z niej punkt kotwiczny na mapie miasta. Był pomysł na promień świetlny, wychodzący z jednego z okien, który padałby na jakiś punkt w śródmieściu. Przy okazji obiekt miał pełnić funkcje widokowo-muzealno-turystyczne.

Oczywiście pierwotnym przeznaczeniem tego typu konstrukcji było coś innego, jednak całe lata temu wieże wodne straciły na znaczeniu. Naturalną koleją losu było albo zapomnienie i wyburzenie, albo powtórne zagospodarowanie.

W trakcie działań napotkaliśmy na liczne komplikacje, okazało się, że plany wymagają weryfikacji, wszystko to trwa o wiele dłużej niż można się spodziewać. Stan techniczny obiektu też był i jest gorszy od tego, czego się spodziewaliśmy. Zobaczyliśmy też, że nie mamy właściwie żadnych mocy decyzyjnych, a możemy jedynie coś sugerować, stwarzać atmosferę do dyskusji, w efekcie której remont wieży będzie mile widziany.

Rozmawialiśmy z Hutą, która nie jest zainteresowana samodzielnym remontem wieży. To stanowisko się do dziś nie zmieniło. Również miasto nie kwapi się do tego, mówiąc, że dopóki obiekt nie zmieni właściciela, tj. nie przejdzie na własność miasta (w chwili obecnej należy do Huty – red.), też nie będzie w nią inwestować.

Kamil Wloczka: Do tego dochodzi jeszcze wieloletni spór sądowy miasta z Hutą Zabrze. Chcieliśmy wprowadzić taki „okrągły stół” z przedstawicielami magistratu i firmy, z udziałem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, no ale z powodu różnych animozji to się nie udało. Istotne jest to, że firma przegrała proces z miastem, czuje się pokrzywdzona, więc raczej niechętnie będzie się chciała zajmować tą tematyką.

K.Ż.: Tak więc ten początkowy entuzjazm nieco przygasł. W tej chwili, będąc niejako w patowej sytuacji, staramy się, co jakiś czas przypominać o naszych planach. One się nie zmieniły. Jeśli coś zaczyna się dziać, znów pojawiają się głosy dotyczące wieży, próbujemy ciągnąć ten temat. Mamy nadzieję, że w najbliższych miesiącach spór nieco ostygnie i uda się podjąć jakieś kroki. Nie działamy na cały etat, nie możemy sobie na to pozwolić. Nie jesteśmy też profesjonalistami. Każdy z nas pracuje, a projektami stowarzyszenia zajmujemy się po godzinach. Znamy warunki tej gry i staramy się do nich dopasować.

Wieża stoi o własnych siłach, jeszcze, bo te siły są coraz słabsze. Górna część, drewniana, jest już w takim stanie, że prawie na pewno nie da się jej w całości uratować i potrzebna będzie rekonstrukcja.  Liczymy na to, że uda się uratować mury obiektu. Jednak, jeśli coś się stanie z głowicą, może ona uszkodzić ceglaną konstrukcję.

K.Ch.: Kolejny projekt – „Śląski Szlak wież ciśnień”. Rozumiem, że chodzi tylko nie tylko o obiekt przy hucie czy wieżę przy ul. Zamoyskiego, ale też inne, znajdujące się na terenie Górnego Śląska. Tu przychodzą mi na myśl dwa zrewitalizowane obiekty: pierwszy z Pszczyny, gdzie działa restauracja i drugi w Tarnowskich Górach, w którym działa pub.

K.Ż.: Ten pomysł pojawił się, gdy zaczęliśmy się kontaktować ze stowarzyszeniem „Dwie Wieże”, że Świętochłowic. W tym mieście udało się osiągnąć cel i w dwóch wieżach szybowych kopalni „Polska” udało się przeprowadzić prace renowacyjne i uruchomić centrum kultury. Ci ludzie, m.in. Damian Cyfka i Kaja Świętochowska, dostarczyli nam m.in. materiałów fotograficznych i wiedzy merytorycznej, którymi posługiwaliśmy się w działaniach promocyjnych.  

 „Śląski Szlak wież ciśnień” to projekt specyficzny, bo te obiekty, w większości, nie mają charakteru turystycznego. W założeniu jest to szlak widokowy, wykorzystujący zewnętrzne punkty obserwacyjne. Idea jest taka, by realizować to w częściach. Na pierwszy rzut planowaliśmy wziąć Katowice, gdzie tych obiektów jest najwięcej, bo aż kilkanaście. Ja się boję podawać konkretnye liczby, bo niedawno poszła w świat informacja, że PKP, które ą właścicielem wielu wież wodnych, stanowiących obiekty kolejowe, ma zamiar pozbywać się swojego dobytku. Nie do końca można przewidzieć ich przyszłość. Gdy zaczynaliśmy prace nad szlakiem, wież było 15 (w Katowicach), nie wiadomo jak sytuacja będzie wyglądać za kilka, kilkanaście miesięcy.

K.Ch.: Podobno mają wyburzać wieżę w Borkach, nie wiadomo też, co stanie się z obiektem na terenie dawnej huty Uthemanna.

K.Ż.: Tak, to prawda. Wieża przy hucie była nawet wystawiana na sprzedaż, za kilka tysięcy złotych (!). Cena była korzystna pod warunkiem, że się kupiło przylegający do niej obszar, którego cena oscylowała w granicach 300 tys. PLN. Wieża w Borkach jest z kolei najwyższym tego typu obiektem w Polsce, szkoda by było, gdyby obie wymienione miały przestać istnieć.

K.Ch.: Może nie będzie źle. Dawną remizę huty kupiło niedawno Silesia Jeans, remontuje i wyposaża obiekt pod biura. Na terenie byłej huty organizowano też kilka edycji Golden Vision Music&Art. Festival.

K.Ż.: Tak, z Michałem Pamułą i Sybillą Skalubą, odpowiedzialnymi za tamte imprezy, też współpracujemy. Staramy się swoje działania podpiąć pod Kongres Ochrony Zabytków i promować w ten sposób problemy Zabrza i województwa. Jednym z nich jest właśnie szlak. Już wkrótce planujemy opublikować multimedialną mapę, stronę internetową, z informacjami dotyczącymi tych obiektów. Chcemy, by wieże zaczęto postrzegać inaczej, pozytywnie, by znalazł się ktoś, dzięki komu uda się część z nich uratować.

K.Ch. Kolejny projekt: „Lista zabytków potrzebujących”…

K.Ż.: RZZ jest jedną z trzech organizacji, które tworzyły Kongres. Staramy się wszystkie pomysły przeszczepiać na grunt aglomeracji, to był jeden z nich. „Lista zabytków…” to taki prowokacyjny termin, pod którym ukryty jest projekt inwentaryzacji obiektów zabytkowych na Śląsku. I ich renowacji.

To wszystko trwa, prace są żmudne, borykamy się z brakiem rąk do pracy, ludzi, którym będzie się chciało wykonywać pracę nie tylko w terenie, ale i odwiedzać archiwa, zajmować się dokumentacją. Szukamy pasjonatów, ludzi, którzy pomogą stworzyć pewien ruch, prąd myślowy, bo tylko duży nacisk społeczny może zmienić sytuację. Na chwilę obecną nie wystarcza nam nawet czasu na to, by monitorować chociażby to, co dzieje się na terenie województwa.

Planowaliśmy stworzyć komisję prawną, która mogłaby stworzyć modyfikacje przepisów dotyczących tych spraw. Współpracujemy z naukowcami, specjalistami, którzy pomagają nam opracowywać tego typu rzeczy.

To byłby pierwszy porządny krok do tego, by zacząć realne działania na rzecz tych obiektów. Trzeba wiedzieć, o co się walczy, wiele obiektów nie ma już szans na przetrwanie. Niemniej, sporo jest takich, którym można dać drugie życie.

K.Ch.: Mówimy o planach, pomysłach, które są stopniowo realizowane. Chciałbym zapytać, czy udało się Wam osiągnąć już jakieś „sukces”, co uratować, ocalić przed zniszczeniem…?

K.Ż.: Myślę, że tak.

K.W.: Nie są to jakieś spektakularne osiągnięcia, ale coś się udało zrobić.

K.Ż: Tak, na pewno więcej się mówi o zabytkach, m.in. o wieżach ciśnień, o readaptacji budynków zabytkowych. Do dwóch namacalnych efektów naszych prac możemy zaliczyć gruntowny remont instalacji wagoników na skrzyżowaniu ul. Hagera i Kasprowicza. Jest tam postument, postawiony zaraz po II wojnie światowej, poświęcony jednej z ofiar pacyfikacji strajków w latach 20-tych na terenie ówczesnej Kopalni Ludwik (później KWK Pstrowski).

Jest tam tablica, wmurowana już w czasach Polski Ludowej, ale towarzyszy jej przecięty w pół i wpuszczony w ścianę kamienicy wagonik. Kilka miesięcy zajmowaliśmy się renowacją i konserwacją tych wagoników. Kiedyś pełniły rolę kwietników. Były mocno zdewastowane. Przykręcono do nich kiedyś górnicze kuple, czy pyrlik i żelozko, skrzyżowane ze sobą. Jednego brakowało, reszta była powykrzywiana…

Dzięki pomocy pana Włodzimierza Wysockiego, byłego pracownika KWK Pstrowski, obecnie emeryta, udało się dorobić dwie nowe kuple. Mogliśmy je wymienić. Wyczyściliśmy też wagoniki, które były mocno skorodowane. Musieliśmy użyć wtedy naprawdę mocnych szlifierek, ostrożnie, by nie uszkodzić całości. Potem zabezpieczyliśmy je przed korozją, również od środka, takim specjalnym środkiem, którym smaruje się m.in. podwozia samochodów. Wsypaliśmy potem świeży grunt, dzięki uprzejmości pobliskiej firmy budowlanej, która nam pomogła, a na wierzchu ułożyliśmy kupki kamieni, pomalowanych tak, by imitowały węgiel. Dawanie tam oryginalnego surowca mogłoby się skończyć wiadomym skutkiem.

K.Ch. A drugi projekt?

K.Ż.: Druga sprawa to omawiany wcześniej cmentarz.

K.Ch. O, o tym już rozmawiałem z Kamilem Wloczką, kilka dni temu (wywiad można przeczytać tutaj  link)

K.Ż.: To jest dla nas ważny projekt, choćby dla samego odbioru, z jakim się spotykamy. Nie tylko społeczności lokalnej, która powoli zaczyna dostrzegać problem. Pomagali nam również więźniowie, który dostrzegli sens w tych działaniach. Byłem wobec tego pomysłu sceptyczny, ale Kamil, odpowiedzialny za ten projekt, jakoś mnie przekonał. To była dobra decyzja i z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że była to najefektywniejsza i najbardziej rwąca się do pracy fizycznej grupa ochotników, z jaką mieliśmy do czynienia.

 K.W.: Będziemy to powtarzać, jeśli tylko uda nam się zdobyć dofinansowanie, o czym już kiedyś rozmawialiśmy.

K.Ch.: A propos wydatków… Chyba Waszą sprawką jest to, że w Zabrzu jest Budżet Obywatelski.

K.Ż.: Tak, udało się to osiągnąć. Przyczyniliśmy się do tego procesu. To jeszcze nie są takie kwoty, jak np. w Katowicach, ale frekwencja pokazała, że warto było się starać. To niewielka część budżetu miasta, obawialiśmy się, że ludzie to zignorują, a okazało się, że jest zupełnie odwrotnie.  Zabrzanom był potrzebny impuls, który pokazałby im, że mogą coś zmienić, być decyzyjnymi, że warto uwierzyć w siebie. Pokazali, że potrafią współpracować i im zależy. Bardzo nas to cieszy. To był jeden z celów BO, aktywizacja społeczeństwa, nie tylko fakt przekazania pieniędzy i zarządzanie nimi przez mieszkańców.

Podjęliśmy się zebrania podpisów do pierwszej uchwałodawczej inicjatywy obywatelskiej w naszym mieście. Udało się to zrobić w kilka dni i po jakimś czasie namawiania władz miasta osiągnęliśmy cel.

Ta pierwsza edycja odbyła się w formie pilotażowej, z rezerwy finansowej. Kolejne mają być realizowane normalnym trybem. Myślę, że to wszystko rozwinie się w ciekawy sposób. Początkowo radni byli dość sceptyczni, nie wierzyli, że to się uda. Udało się ich zaskoczyć.

Nie bierzemy specjalnie pod uwagę tego, że BO zostanie wykorzystany na ochronę zabytków, bo potrzeb mieszkańców jest wiele, ale to nie jest najważniejsza z nich. Grunt, że i w tej materii coś się zaczyna dziać. Może będzie to impuls dla kolejnych stowarzyszeń…

Dziękuję za rozmowę!

Dodaj komentarz

Wyrażam zgodę na publikację postu w formie komentarza zgodnie z obowiązującym Regulaminem.

powiadamiaj o odpowiedziach na komentarz.

dodaj mój adres do newslettera.

Więcej informacji na temat przysługujących Państwu praw zawarliśmy w Polityce Prywatności.